Radom 90.7 FM | Końskie i Opoczno 94 FM | Skarżysko Kam. 94.5 FM | Kozienice 97.9 FM
Na antenie:
LUDZKIM GŁOSEM
Patrycja Michońska
Patron dnia: św. Leoncjusz z Rostowa, biskup
Dziś jest: Poniedziałek, 23 maja 2022

DIECEZJA RADOMSKA

Ks. Adamczyk: chciałbym żeby na co dzień „gadali z Bogiem”

piątek, 22 października 2021 10:43 / Autor: Radosław Mizera
Radosław Mizera

Każdy absolwent seminarium duchownego powinien być człowiekiem osobistej wiary. Niezależnie od tego co dzieje się w świecie i jakim aktywnościom daje się porywać, ma taki swój świat z Bogiem, mocne życie wewnętrzne. Taki rodzaj bliskości z Bogiem, który daje siłę (…). Drugą cechą powinna być bliskość z ludźmi, szukanie ich dobra, przede wszystkim dobra duchowego, budowanie więzi między ludźmi. - powiedział ks. dr Marek Adamczyk, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu, który był gościem Radia Plus Radom. Ks. Rektor wskazał również na przyczyny spadku powołań.

R.M. W ubiegłym tygodniu został zainaugurowany nowy rok akademicki w Wyższym Seminarium Duchownym w Radomiu, którego rektorem został ksiądz w czerwcu. Rok formacyjny rozpoczęło 43 kleryków, w tym 10 na pierwszym roku. Swoje studia seminaryjne rozpoczynał Ksiądz Rektor 26 lat temu. Ilu alumnów było wówczas na pierwszym roku?

M.A. Było nas dwudziestu czterech. To był - jak na tamte czas - bardzo mały rocznik, bowiem rok wcześniej studia rozpoczęło 40 alumnów. Było więc jakieś zaskoczenie, że jest na nas tylko dwudziestu czterech. Dziś w całym seminarium jest 43 alumnów, czyli tylu ilu kiedyś potrafiło przyjść na pierwszy rok.

A na wszystkich latach, ilu było kleryków?

Myślę, że w tamtym okresie ta liczba oscylowała w okolicach 150 osób.

Czy może ksiądz powiedzieć krótko skąd taka diametralna zmiana?

Krótko to nie potrafię, bo to jest proces dosyć złożony i przyczyn jest wiele, proste diagnozy, zawsze grzeszą jakimś uproszczeniem…

Czy w takim razie, może ksiądz wskazać, choćby te podstawowe przyczyny?

Zacznę od tych, które są wynikiem naszych zaniedbań. Nie trzeba być wyjątkowo wnikliwym, żeby zauważyć, że nie wszystkie zarzuty stawiane księżom to antykościelna propaganda. Nie chodzi nawet o wielkie nadużycia np. pedofilię, ale o to, że w wielu przypadkach nie żyliśmy blisko ludzi i ich problemów, nie czuli oni naszej troski, zrozumienia. Lata osiemdziesiąte to wielki fenomen duszpasterzy będących blisko wiernych, w wielu miejscach tego zabrakło. Oczywiście sposób rozwiązywania niektórych problemów był totalną katastrofą, ale to wynikało w dużej mierze z tej izolacji, sposobu myślenia i działania, który był jej rezultatem. Rozwiązujemy to po cichu, wewnątrz, żeby zgorszenia nie było. Sporo rutyny i lenistwa w wymiarze intelektualnym, duchowym, duszpasterskim. Muszę jednak zastrzec, że to wcale nie są dominujące czynniki. Zmieniała się codzienna kultura, stała się bardziej konsumpcyjna, narcystyczna. Wszystko stało się towarem, nawet uczucia i emocje nie mówiąc już o seksualności. Jeśli dominujący model zakłada, że mamy mieć „fajne”, wygodne, zaspokojone, spełnione, pełne wrażeń życie, to mówienie o ofiarności, byciu darem dla innych i przykazaniach, które sprawiają, że nasze życie jest zwyczajnie uczciwe, brzmią mało atrakcyjnie. Swoje robi również demografia: po prostu, dziś jest znacznie mniej osób w wieku maturalnym, więc proporcjonalnie mniej powinno być kandydatów do seminarium. Oczywiście znaczenie demografii jest marginalne.Wśród wszystkich przyczyn kluczowe znaczenie ma jednak obraz księdza dominujący w masowej kulturze. Jeśli Kościół porównamy do wielkiej sceny na której jest bogata i różnorodna scenografia i wielu aktorów, to dzisiaj ta scena jest mocno wyciemniona, a reflektory pokazują najbardziej szpetne elementy scenografii i najmarniejszych aktorów i to w taki sposób, żeby zmarszczki i wszystkie defekty wydobyć. Nie chodzi o to, że tego nie ma na scenie, bo to jest i trudno temu zaprzeczyć, ale wyobrażenie tego, co dzieje się na deskach, zbudowane na podstawie tego co się widzi dlatego, że tylko to jest podświetlone, jest po prostu fałszywe.

Jeśli ten obraz księdza w świecie wirtualnym – w którym młodzi zanurzeni są po uszy – jest tak negatywny, to czy jest w ogóle jakaś nadzieja, jakaś szansa na nowe powołania?

Oczywiście, że jest! Dorastające córki moich wierzących przyjaciół, w bardzo szczerej rozmowie powiedziały tak: „czytamy i oglądamy różne rzeczy w necie, rozmawiamy z przyjaciółmi i ten obraz wiary, Kościoła, księży nas odrzuca, chcemy odejść. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyśmy to dlatego, że patrzymy na was, waszych przyjaciół, znajomych i nam się nie zgadza”. To jest genialny moment zderzenia medialnego świata z rzeczywistym. Jeśli na pierwszy rok przyszli młodzi, zdolni ludzie, to dlatego, że doświadczyli w historii swojego życia, absolutnie namacalnie, osobiście, zupełnie innego Kościoła niż ten, który jest w mediach. Spotkali takich księży, że patrząc na nich przyszła myśl, „kimś takim chciałbym być”, „tak chciałbym żyć”. Dla nas dziś nie ma innej drogi, musimy żyć tak, aby ci, którzy są zanurzeni po uszy w świat wirtualny – i chłoną wirtualny obraz Kościoła – spotykając nas w realnym świecie dochodzili do wniosku, „że im się nie zgadza”. Wcześniej czy później rzeczywistość wygra z fikcją, najważniejsze jest to jacy będziemy naprawdę.

Bycie rektorem to duży prestiż, odczytuje to ksiądz jako awans?

(Śmiech) … Ja mam pewien problem, bo odkrywam, że rzeczy związane z prestiżem mnie nie nasycają. Mam wiele innych wad, ale do tego mnie zupełnie nie ciągnie, nie daje mi to radości. Natomiast w tym konkretnym przypadku słowo „prestiż” zupełnie nie pasuje. W momencie nominacji byłem w parafii z fenomenalnymi współpracownikami, bardzo lubiłem pracę z grupami i wspólnotami, a poza nimi było dużo nadzwyczajnej życzliwości. Kiedy w czerwcu przyjmowałem nominację, na pierwszym roku było dwóch alumnów, dlatego, że dwóch przyszło na początku roku akademickiego. Najczarniejszy scenariusz – choć wcale nie mało prawdopodobny – był taki: jeśli tendencja się utrzyma to liczba wszystkich alumnów za pięć lat nie przekroczy dziesięciu. To oznacza koniec seminarium w tej formie jaką znamy. Jak się ma świadomość takiej perspektywy, to ostatnią rzeczą o której się myśli i bierze pod uwagę jest prestiż. Oczywiście jest poczucie odpowiedzialności, bo formowanie tych, którzy będą sprawować sakramenty, spowiadać, być liderami w swoich wspólnotach, niosąc przy okazji wiele osobistych zmagań, to wielka odpowiedzialność. Jest oczywiście radość z codziennego obcowania z wykładowcami, księżmi, którzy są specjalistami w swoich dziedzinach, ale też ludźmi towarzyskimi i z dużym poczuciem humoru, w codzienności to naprawdę bardzo ważne. Poza tym prestiż to nie jest kościelne słowo, nie sprawdzałem, ale daję głowę, że nie ma go na przykład w Katechizmie Kościoła Katolickiego.

Jakie jest księdza marzenie, jaki powinien być absolwent seminarium duchownego, jakie powinien mieć cechy?

Przede wszystkim, choć zabrzmi to mało odkrywczo, powinien być człowiekiem osobistej wiary, chciałbym żeby na co dzień „gadał z Bogiem”. Niezależnie od tego co dzieje się w świecie i jakim aktywnościom daje się porywać, ma taki swój świat z Bogiem, mocne życie wewnętrzne. Taki rodzaj bliskości z Bogiem, który daje siłę. To wszystko oczywiście poddawane jest różnym kryzysom, trudnościom, czasami jakiemuś chwilowemu osłabieniu, ale jest stale obecne w sercu i głowie. Drugą cechą powinna być bliskość z ludźmi, szukanie ich dobra, przede wszystkim dobra duchowego, budowanie więzi między ludźmi. W dokumentach formacyjnych mowa jest o „miłości pasterskiej” i tak to rozumiem. Dziś to wymaga sporej pokory, cierpliwości, ale inaczej się nie da….. Chciałbym, żeby absolwenci WSD żyli tymi dwoma rodzajami bliskości.

A wiedza? Seminarium duchowne to przecież wyższa uczelnia...

Za dużo czasu w życiu poświęciłem na studia, żeby lekceważyć znaczenie rzetelnej wiedzy, to jest ważne, bo dzisiejszy świat jest sprofesjonalizowany, a wiara zawsze szukała zrozumienia. Nie obstaję przy tym, ale osobiście mam taką intuicję, że w przypadku posługi kapłańskiej, wiedza powinna być w służbie miłości. Przyswajam wiedzę kierowany ciekawością, kim jest Bóg, ten, którego kocham. To jest dobra motywacja na zdobywanie rzetelnego wykształcenia w ramach formacji kapłańskiej. A potem pytanie jak przekazać prawdę o Bogu innym, to ma również wymiar głęboko ludzki, poznaję tych, którym posługuję, ich sposób myślenia, zranienia, to wszystko co w historii ich życia jest trudnością w przyjęciu Chrystusa. To oznacza również wejście w konkretną relację. Rzetelna wiedza, pozwala mi pokazywać kim jest Bóg i jak skutecznie za Nim iść. To jest prawda przekazu połączona z miłością do tych których ten przekaz ma trafiać. Tak to rozumiem.

Marzenia rektora?

Chciałbym, aby po latach przyszedł absolwent seminarium i trochę się pożalił, że jest zmęczony, że wspólnoty przy parafii zabierają mu czas, że nie ma go dla siebie. Chciałabym, żeby anonimowo i dyskretnie przedstawił konkretne problemy ludzi, pytając o radę. Marzyłbym, żeby powiedział, że spowiedź i rozmowy bardzo go eksploatują i czasami naprawdę jest zmęczony. To by oznaczało, że jest w dobrym miejscu! Ksiądz, to ktoś, kto spala się dla innych, jest darem dla innych. Oczywiście, żeby taka postawa była trwała potrzeba solidnego życia duchowego. Dokładnie o takim życiu dla tych, którzy opuszczają seminarium bym marzył.

Dziękuję za rozmowę!

Z księdzem Markiem Adamczykiem rozmawiał Radosław Mizera.

 Przypomnijmy, że ks. dr Marek Adamczyk urodził się 4 sierpnia 1970 roku w Radomiu. Święcenia kapłańskie przyjął 17 czerwca 2000 roku. Jest absolwentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej i doktorem socjologii (Studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim). Przez sześć lat pełnił funkcje duszpasterza akademickiego i diecezjalnego duszpasterza młodzieży. Jest też organizatorem Apeli Młodych – spotkań młodzieży na radomskim deptaku. Pełnił również funkcję diecezjalnego koordynatora Światowych Dni Młodzieży. Ostatnio był proboszczem parafii św. Jadwigi Królowej w Radomiu, a od lutego 2021 roku diecezjalnym duszpasterzem osób pokrzywdzonych.